0 0

Przyznaję się bez bicia. W momentach ekspozycji na ostrym słońcu nie zawsze zakładałam czapkę. No i odrobinkę przygrzało. Wpaść na taki pomysł ! Poprowadzę zajęcia w grupie. W grupie i o zgrozo – na wakacjach! A że nie było ze mną najlepiej, wpadłam na jeszcze bardziej spektakularny pomysł. Zbiorę grupę i zwerbuję do niej mojego osobistego potomka. I chociaż uszczęśliwianie na siłę powinno być karalne i swoją karę już odebrałam (gigantyczny foch przez kolejny tydzień, ciche dni, dąsy i nazwijmy to „niesubordynacja w koszarach”) nie zamierzałam zmienić zdania. Przygnębiona jednak wizją utraty słodkiego dzieciństwa przez Kubę, lat 13 (tak ma na imię ten nieszczęśnik będący synem matki -wariatki), musiałam osłodzić mojemu pierworodnemu tą niewesołą perspektywę wakacyjnej nauki. Swoją drogą, wakacje i nauka to pojęcia, które wzajemnie się wykluczają. Postanowiłam więc postarać się jak nigdy dotąd. Zebrałam kilkuosobową grupę szaleńców samozwańców, którzy, o dziwo entuzjastycznie zareagowali na mój pomysł. Że też są jeszcze takie dzieci na świecie!

Żeby nie było, żem taka genialna! Chciałam wykorzystać coś co ktoś już opracował i przygotował. Tym KTOSIEM okazała się Agnieszka Iwanicka czyli #Panizklasą, której poczynania w sieci śledzę już od jakiegoś czasu. Nie natknęłabym się na nią gdyby nie Ola Budzyńska czyli #PaniSwojegoCzasu, która wspomniała o niej kiedyś w jednej ze swych relacji na IG. Tak więc w   otoczeniu Pań postanowiłam i ja „popaniować” i zakupiłam kurs Agnieszki „Hello Summer”. Postanowiłam skorzystać z narzędzi zróżnicowanych, lekkich, przyjemnych, gier, zabaw i  wyzwań o tematyce wakacyjnej. Co by ta, nazwijmy to „nauka” odbywała się niejako przy okazji zabawy. Gdy dotarło do mnie wielkie pudło przewiązane ogromną błękitną kokardą, wiedziałam, że w środku czeka coś wyjątkowego. To był czas na wielki „unboxing”. Żałując, że nie jestem jeszcze popularnym youtuberem o milionowym zasięgu i nie mogę tego zrobić na wizji, zaopatrzona w kota obok i nożyczki krawieckie wykonałam pierwsze ostre cięcie. Wrodzona niecierpliwość jednak wygrała, więc dalej z subtelnością walca drogowego, zdewastowałam i rozerwałam tekturowe pudło. W środku  moim oczom ukazały się najpierw żelki, które pochłonęłam sama, nie dzieląc się z obrażonym dziecięciem. Potem przyszła kolej na pendrive z grami i ich opisem, na papierowy handout, piórniczek, torebeczkę i mnóstwo innych drobnych gadżetów edukacyjnych. Pani Agnieszka wiedziała co robi wrzucając żelki do pudła. Zapewne chciała osłodzić perspektywę mozolnego drukowania, wycinania i laminowania materiałów z  kursu. Jako, że mój osobisty mąż występuje okazjonalnie w roli sponsora swojej niedoinwestowanej żony i zakupił mi nową drukarkę, laminator i nawet gilotynę- zabrałam się do pracy. Po godzinie drukowania miałam dość. Po dwóch laminowania jeszcze bardziej. Prawie zalaminowałam sobie paluchy i kawałek kociego ogona, gdyż futrzak rozwalił się wygodnie obok, na ciepłej  od pracy drukarce. Tego dnia się poddałam. Takie strategiczne bitwy podjazdowe w kierunku drukarki i  laminatora trwały tydzień. Potem przyszedł czas na wycinanie. Wycinaliśmy z  zapałem i wśród ogólnie pojętej łaciny podwórkowej, razem na cztery ręce. Po kilku takich romantycznych wieczorach spędzonych na koronkowej robocie, nożyczki w ręku mojego męża przybrały bardziej kształt niebezpiecznego narzędzia, którym miałam wrażenie mógłby „przypadkiem” zrobić mi krzywdę. Jego „chodźmy na piwo” vs. moje „trzymaj nożyce”. Każda robota jednak kiedyś się kończy i z triumfem krzyknęłam „Mamy to !!!”

„Kurs Hello Summer” okazał się strzałem w dziesiątkę. Każda z 34 aktywności ma kilka swoich modyfikacji. Okupione cierpieniem, obrazą i prawie morderstwem materiały, wydrukowane, zalaminowane i wycięte prezentują się zjawiskowo. Trzymając je w ręku czułam się jak dziecko. Zdumiony małżonek wchodząc do pokoju zapytał: „ czemu się cieszysz do kartonu?” a ja układałam, składałam i rozkładałam sobie kolorowe kartoniki, kółeczka i paseczki w różnych konfiguracjach w pudełku.

Pierwsze zajęcia poprzedziła bezsenna noc. Tysiące pytań:” po co mi to było?”, „nie lepiej było  kontemplować świat w pozycji horyzontalnej gdzieś na  odludziu?”, „rzucić wszystko i jechać w Bieszczady”? kłębiło się w mojej głowie.

Skończyła się noc i nastał poranek. Dzieci wesoło przybiegły na zajęcia. Miałam ochotę, cytując klasyka zapalić papierosa i wyciągnąć… butelkę lemoniady. Palić nie palę, ale lemoniada była przewidziana. Przewidziana była też przerwa w  zajęciach, bo odbywały się one w bloku 2x 40 minut z przerwą na lemoniadę i coś słodkiego. Usadzeni majestatycznie na pufach i stołeczkach, szybko zeszliśmy na niziny i całe zajęcia odbyły się w wersji dywanowej.

To już taka nasza tradycja, zawsze lemoniada, za każdym razem inna słodkość, mnóstwo śmiechu, żartów i zabawy. Niektórzy odkryli w sobie nawet aktorskie powołanie, z zacięciem kabaretowym. Za każdym razem wśród tasiemek, patyczków i  kartoników towarzyszy nam zaciekawiony kot. Też się uczy. W końcu jak na prawdziwego Brytyjczyka – łyso by było, gdyby poprzestał tylko na „meow”. Łyso, tym bardziej, że puchaty i  długowłosy. Każde zajęcia mijają jak z bicza strzelił. Zawsze na  koniec słychać pełne jęku: „ To już???”.

Mamy pod koniec jeszcze jeden zwyczaj. Dzieci losują karteczkę z wielkiego słoika motywacyjnego. Karteczka jest zawsze motywująca, doceniająca i proces i efekt . I oczywiście „in English”, więc i tu kolejna okazja żeby zmobilizować szare komórki. To taka nasza wisienka na torcie. Słoiki motywacyjne znalazłam na #sklep.belfra.pl. To petarda, o innych rzeczach w sklepie nie wspomnę. Z łatwością możesz zrobić podobne swoje.

Gdy po pierwszych zajęciach mój najbardziej surowy juror stwierdził:  „Mama, ale było super !” wiedziałam, że jestem na właściwej drodze.

Agnieszka i jej kurs stały się dla mnie inspiracją, aby w przyszłości stworzyć własny. Myślę też o tematycznych warsztatach językowych. Aktywności ukryte w  „Hello Summer” odczarowały angielski mojej grupki.

Jeśli chcesz by Twoi uczniowie (nie oszukujmy się, że szturmem ruszą pod Twój dom na wakacjach, by się uczyć), te wybitne egzemplarze, które będziesz miał na  swoich zajęciach nie straciły kontaktu z językiem, jeśli chcesz by sobie pogadali, jeśli Ty chcesz spróbować prowadzenia cyklu zajęć tematycznych nic trudnego. Jak to zrobić na przyszłość?

 

  1. Zrób research- rozeznaj się czy na Twoje zajęcia będą chętni.
  2. Poinformuj rodziców i uczniów o warunkach zajęć.
  3. Wybierz wąski zakres tematyczny (lato/wakacje, zima/ ferie/sporty zimowe/ święta i uroczystości). Przemyśl formułę kursu.
  4. Zrób burzę mózgów i spisz wszystkie pomysły na gry i zabawy jakie przyjdą Ci do głowy. Inspiruj się bogactwem materiałów w sieci, na forach , grupach, blogach edukacyjnych. Inspiruj się, ale nie kopiuj. Zapytaj najbardziej zainteresowanych – dzieci o ich pomysły.
  5. Zobacz jak łatwo pokochać Canvę, Genially, Jamboard- tam stworzysz wszystkie swoje materiały i uzupełnisz je swoim podpisem.
  6. Pamiętaj o dobrej jakości narzędziach pracy. Solidna kolorowa drukarka, laminator – to Twoi sprzymierzeńcy.
  7. Zastanów się nad stałym, dodatkowym elementem kursu, który dzieciom będzie się z nim kojarzył i na który będą czekały (u mnie to była lemoniada i  coś słodkiego: babeczki, lody, galaretka, ciasteczko, deser).
  8. Ustal harmonogram zajęć. Zaplanuj każde zajęcia czasowo, lepiej nie zrealizować wszystkich zaplanowanych zabaw i wykorzystać je na kolejnych zajęciach, niż nerwowo zastanawiać się „ co teraz?”
  9. Przygotuj przestrzeń, do dużej gry dywanowej, misternie poukładane wazoniki i dekoracje na podłodze raczej się nie sprawdzą.
  10.   Archiwizuj swoje pliki. Wykorzystaj narzędzia cyfrowe, chmury itp.

Pamiętaj o dobrym nastawieniu. Dzieciaki bezbłędnie czytają Twoje emocje !

Happy
Happy
0 %
Sad
Sad
0 %
Excited
Excited
0 %
Sleepy
Sleepy
0 %
Angry
Angry
0 %
Surprise
Surprise
0 %

Average Rating

5 Star
0%
4 Star
0%
3 Star
0%
2 Star
0%
1 Star
0%

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.